Oskarżony o udział w wiecu, którego nie było

W kwietniu 1963 r. miały miejsce w Łodzi protesty pielęgniarek i tramwajarzy. Chyba pod wpływem tych wydarzeń ukazały się w akademiku na pl. Narutowicza (mieszkałem w tym kompleksie akademików przy ul. Mochnackiego 8) ulotki wzywające do udziału w wiecu 29 kwietnia 1963 r. na pl. Politechniki. Chciałem zaprosić na wiec mojego kolegę szkolnego, który mieszkał na Żoliborzu, ale nie zastałem go w domu więc sam o wyznaczonej godzinie stawiłem się przed Gmachem Głównym Politechniki. Byłem zaskoczony bo nie zastałem tam tłumów. Było chyba trochę więcej osób, ale nikt nie przemawiał i ja nie czułem się abym wiecował. Po pewnym czasie dostałem wezwanie do Pałacu Mostowskich. Byłem przesłuchiwany przez jednego lub dwóch funkcjonariuszy. Przepytywali mnie na okoliczność ulotek i wiecu (może zgromadzenia?). Ulotek nie widziałem, więc nawet na wariografie mógłbym bezpiecznie zeznawać, że nic nie wiem. W sprawie wiecu twardo obstawałem, że nie byłem na wiecu bo przecież żadnego wiecu nie było. Śledczy pokazali mi zdjęcia zrobione z budowanego wówczas budynku Łączności (dzisiaj Elektronika), na których wyraźnie było widać, że ja to ja, ale było też widać, że jestem sam, czyli nie musiałem się tłumaczyć z kolegi ze szkoły, którego nie przyprowadziłem na wiec bo nie zastałem go w domu. Tak na Mostowskich byłem przesłuchiwany chyba ze 2 razy może 3. Następnie dostałem wezwanie do prokuratury gdzie też byłem 2 lub 3 razy. Przesłuchiwała mnie młoda pani prokurator, którą zapamiętałem tym, że miała oczy prawie bezbarwne (do wiadra wody wpuścić jedną kroplę atramentu) i mimo, że twardo patrzyłem jej w oczy nigdy tych oczu nie spuściła ani nawet nie zamrugała nimi. Kiedy w 1982 r. w związku ze sprawą Narożniaka (drukarz podziemny postrzelony przez milicję) w telewizji pokazywano prokurator Bardonową poznałem w niej moja młodą panią prokurator z przesłuchań w 1963 r. Wezwania do MO i Prokuratury dostawałem do akademika. Kiedyś przyjechali do mnie zapłakani moi rodzice, rzucili mi się na szyje i wołali żebym się nie martwił, że już wszystko będzie dobrze. Zbaraniałem i nie mogłem pojąć o co chodzi dopóki mi rodzice nie pokazali zawiadomienia o umorzeniu postępowania. Te pacany z prokuratury ostatnie zawiadomienie wysłali na mój adres stały i w ten sposób dowiedzieli się o tym moi rodzice. Potem jeszcze (a może przed incydentem z rodzicami) zostałem wezwany do Rektora PW. Było nas kilkanaście osób (studentów). Zapamiętałem, że prof. Jerzy Bukowski przemówił do nas w sposób raczej ojcowski a nie urzędowy, raczej życzliwy a nie opryskliwy. I tak się skończył mój wiec z 1963 r.