Zamiast głosować poszedłem na zebranie IV roku
W 1965r nie brałem udziału w głosowaniu w wyborach do sejmu tak jak i nie głosowali moi dwaj koledzy z pokoju akademickiego (Marian i Janusz). Wyjątkowo głupia kierowniczka akademika (Mochnackiego 8) próbowała nas straszyć, że powyrzuca nas z akademika jak nie pójdziemy głosować. Po drobnych przepychankach słownych sprawę uznaliśmy za dawno zamkniętą, gdy problem odżył w trakcie ubiegania się Mariana na wyjazd do Francji na obóz IASTE. Nasz wspólny kolega z jednej grupy studenckiej, członek PZPR, Tadeusz Nowakowski stwierdził, że Marian nie może pojechać do Francji ze względu na postawę etyczno-moralną (tak to się chyba wtedy w nomenklaturze partyjnej nazywało). Marian był sierotą z domu dziecka, osobą spokojną i gołębiego serca, dobrze znał francuski i miał dobre wyniki w nauce. A do tego był moim kolegą z pokoju. W trakcie jakiejś przerwy wykładach, w dużej sali przy licznym gronie studentów, pewnie w niezbyt obyczajny sposób nawymyślałem Tadeuszowi Nowakowskiemu, Teodorowi Lachowskiemu (z naszej grupy studenckiej, członek PZPR) i WiesławowiBieńkowskiemu (członek władz wydziałowych ZSP). Wszyscy dotychczas wymienieni mieszkaliśmy w akademiku na ul. Mochnackiego 8.W ciągu następnych dni dochodziło do kolejnych ostrych dyskusji publicznych wśród studentów IV roku Inżynierii Budowlanej PW. Bieńkowski groził, że poda mnie do sądu koleżeńskiego za obrazę działacza ZSP. Ja szukając sojuszników i obrońców znalazłem solidne oparcie w Piotrze (mieszkał w Warszawie więc był trochę dalej od pyskówek w akademikach). W wyniku burzy i naporu władze Wydziału (prof. Hildebrand i doc. Kalabiński sekretarz POP PZPR) uznały za wskazane dopuścić do otwartego zebrania studentów IV roku Wydziału Inżynierii Budowlanej PW. Po stronie studentów niezależnych przywódcą całości był Piotr ale ja mieszkaniec akademika też miałem do spełnienia ważną rolę aby iskierka nadziei nie zgasła. Zdumiewające, że władze Wydziału dopuściły do tego aby studenci niezależni sami wyznaczyli swojego przedstawiciela (obrońcy?) spośród profesury. Dla Piotra i dla mnie było oczywiste, że naszym przedstawicielem może być tylko prof. Zbigniew Kączkowski. Zebranie odbyło się w dużej sali w godzinach popołudniowych lub nawet wieczornych. Było dużo osób (pewnie ponad 100). Jak na ówczesne czasy było to wydarzenie niezwykłe: panowała wolność i swoboda. Ustalenia były mniej więcej takie: Marian może jeszcze raz (chyba w przyszłym roku) ubiegać się o wyjazd, ja nie będę pozwany przed sąd koleżeński; odbędą się wybory uzupełniające do wydziałowych władz ZSP (wakaty); w czynie społecznym posprzątamy teren w pobliżu ITB. Z ciekawostek zebrania chcę odnotować dwie. Kiedy mówiono o tym co może i co powinien ZSP zgłosił się nieznany zebranym facet i przedstawił się, że nazywa się Witold i jest Wice Przewodniczącym Naczelnego Sądu ZSP. Witek został przyprowadzony na zebranie przez Piotra. W ten sposób poznałem Witka. Zebranie trwało a nasz Profesor (czyli Z. Kączkowski) nie zabierał głosu. Wreszczie jest, zgłasza się, wstaje i zaczyna mówić. I co ja słyszę z ust prof. Kaczkowskiego: widać, że nie czytacie Lenina! Dalej było o taktyce, której można się nauczyć od wodza rewolucji. Przyznaję, że wtedy byłem rozczarowany, ale później oceniałem, że była to wskazówka jak zwyciężać mamy.